piątek, 26 lipca 2013

1. Tell me a lie.

Dzwonek zwiastujący koniec lekcji był muzyką dla moich uszu. Zgarnęłam książki do plecaka i wyszłam z klasy. Na korytarzu było już pełno uczniów spieszących się do wyjścia. Każdy chce wyjść zawsze pierwszy. Dałam im tą satysfakcję i stanęłam przy swojej szafce odkładając książki. Kiedy zrobiło się już luźniej podeszła do mnie Sue, moja przyjaciółka. Razem opuściłyśmy budynek.
Kochałam Sue, jak siostrę, której nigdy nie miałam. Przypominała mi modelkę. Była szczupłą i wysoką blondynką, trochę zbyt bladą. Czasami myliłam się, kiedy jest chora, a kiedy tak naprawdę tryska zdrowiem. Jej karnacja była bardzo myląca. Miała ciemne brwi, co silnie kontrastowało z całą resztą jej wyglądu oraz pełne, różowe usta.
Przy niej czułam się jak zwykły śmieć. Moja również blada cera współgrała z brązowymi włosami, które lekko kręcone spadały po moich ramionach. Były moją chlubą. Sięgały prawie za pupę.  Miałam też brązowe oczy. Nie byłam specjalnie wysoka. Mój wzrost wynosił zaledwie 167 cm. W porównaniu do większości dziewczyn byłam stosunkowo niska. W sumie stanowiło to plus, ponieważ prawie każdy chłopak był ode mnie wyższy. To jednak nie zmieniało faktu, że byłam nijaka wśród pięknych dziewczyn z liceum w Los Angeles. Dobra, dość już o mnie.
Podczas powrotu do domu tradycyjnie wygłupiałyśmy się i śmiałyśmy. Nie zwracałyśmy uwagi na to, że przechodnie patrzyli się na nas jak na odmieńców z cyrku. Miałyśmy siebie i nic nam nie mogło przeszkodzić w byciu sobą. Niestety  mieszkamy daleko od siebie, więc już po pięciu minutach drogi musiałyśmy się rozdzielić. Postanowiłam, że jak włączę muzykę to droga minie mi szybciej. Podłączyłam słuchawki do iPhone’a. Puściłam moją ulubioną, nową piosenkę Miley Cyrus – We Can’t Stop. Była taka pozytywna. Wprawiała mnie w weselszy nastrój. Szłam lekko, w rytmie piosenki nagle wpadłam na jakiegoś chłopaka.
Miał co najmniej 192 cm wzrostu, ciemnobrązowe włosy i głębokie, niebieskie oczy. Przeprosiłam i już chciałam go wyminąć, ale schwycił mnie za ramię.
- Hej, ty jesteś Stephanie McCall?
- Y… tak. Skąd wiesz jak się nazywam? – Zdziwiło mnie to.
- Posłuchaj to jest bardzo ważne. Spotkaj się ze mną w Starbucks ’ie za rogiem o czwartej, dobrze? – Wyglądał na zmartwionego.
-Do..dobrze będę – wyjąkałam, a on się oddalił.
To była dziwna sytuacja. Szybko szłam do domu. Chciałam odpocząć po całym dniu szkoły. Kiedy nareszcie byłam już w środku wydarłam się, jak zawsze, że już jestem. Skierowałam się prosto do kuchni. Umyłam ręce w zlewie i nałożyłam sobie obiad, który mama zawsze przygotowuje przed wyjściem do pracy. Szybko go pochłonęłam. Stwierdziłam, że przed spotkaniem z tym dziwnym facetem wezmę jeszcze prysznic, bo na ostatniej lekcji miałam WF. Poszłam do pokoju i wzięłam czystą bieliznę. Skompletowanie stroju zajęło mi dłuższą chwilę. W końcu wybrałam wiśniowe rurki i białą, męską koszulkę z kolorowym nadrukiem. Przyznam, że mój styl nie był zbyt wyrafinowany. Byłam raczej typem dziewczyny z osiedla, która ubiera się w  za duże ciuchy starszego brata. Co dziwne, ponieważ nie miałam brata. Umyłam się, ubrałam,  a włosy uczesałam w luźnego kłosa. Wychodząc wsunęłam do kieszeni telefon, na głowę założyłam czarnego full cap ’a. Cały mój strój dopełniały jeszcze czarne, krótkie Converse. Byłam gotowa.
Wchodząc do kawiarni rozglądałam się w poszukiwaniu chłopaka. Siedział w rogu sali, tuż przy szybie. Podeszłam do niego powoli. Trochę się bałam, bo nie wiedziałam czego się spodziewać. Dobrze, że to miejsce było pełne ludzi. Nic mi nie mógł mi zrobić. Przysiadłam się do niego.
- Cześć – przywitałam się grzecznie.
- Hej. Przepraszam, że się nie przedstawiłem. Nazywam się Finn – podał mi rękę, którą uścisnęłam.
- Miło mi. Przejdźmy do rzeczy. Co jest takie pilne, że musiałeś się ze mną spotkać? – Prosto z mostu zadałam mu pytanie.
- Może zaczną od początku – położył splecione ręce na stole.
- Dobrze, słucham – usadowiłam się wygodniej na kanapie.
- Jestem Finn i mieszkam w Londynie. Przyjechałem do L.A. specjalnie, żeby cię odnaleźć. Od roku jestem na praktykach w londyńskiej policji. Mam 20 lat.
- Czekaj, szukasz mnie i jesteś z policji? – Przerwałam mu.
- Tak, ale daj mi dokończyć – uniósł rękę w geście, abym pozostała cicho. – To może cię zszokować, ale tak naprawdę nie nazywasz się McCall, tylko Payne. Twoi rodzice, którzy cię wychowali, nie są twoimi biologicznymi rodzicami.
- Co? Jak to możliwie? – Krzyczałabym, gdyby nie to, że byliśmy w miejscu publicznym. – Kłamiesz!
- Nie, to prawda. Jak miałaś półtora roku zostałaś porwana – spuścił głowę na dół.
- Jak to się stało? – Spytałam z ciekawości.
- W nocy 29 lipca, czyli w dzień twoich urodzin ktoś wkradł się do twojego pokoju przez okno, które było lekko uchylone i zabrał cię. Niestety, ale będziemy musieli wsadzić twoich dotychczasowych rodziców do więzienia – urwał. – Przykro mi.
- Tobie jest przykro? Wygadujesz jakieś niestworzone rzeczy? To mi jest przykro, że mam do czynienia z kimś takim jak ty! – Wybiegłam z knajpy krzycząc.
Nie sądziłam, że ktoś może być taki chamski i mówić mi prosto w twarz źle o moich rodzicach. Do domu szłam w pośpiechu. Kiedy wpadłam do swojego pokoju, rzuciłam się na łóżko, a po moich policzkach spływały łzy. Leżałam tak przez dobre dwadzieścia minut pochlipując w poduszkę. Dlaczego? Może jego słowa miały odrobinę prawdy. Nigdy nie widziałam swojego aktu urodzenia, ani zdjęć z wczesnego dzieciństwa. To było dziwne, aż natchnęło mnie, aby wejść do sypialni rodziców. Całe szczęście, że byli w pracy.
Podeszłam do komody, w której zazwyczaj chowali wszystkie ważne rzeczy. Chciałam poszukać swojego aktu urodzenia. Miałam nadzieję, że go znajdę. Wyjęłam wszystkie papiery z szuflady i zaczęłam je przeglądać. Po dłuższej chwili znalazłam coś. Na kartce były punkty, a ona sama była zatytułowana:

     „RZECZY DO ZROBIENIA”.
      1.       Kupić dom w L.A.
               2.       Kupić bilety do Londynu.
                3.       Poszukać rodzinę Payne.
                4.       Zabrać w nocy Stephanie.
5.       Wrócić do L.A.
                   6.       Ukrywać się do końca życia.

Zszokowało mnie to. Siedziałam nad tą kartką kilka minut, nie mogąc uwierzyć, że oni trzymają coś takiego. W każdym bądź razie, kto normalny robi plan porwania, zapisuje go i zostawia w domu. Podkusiłam się, aby szukać dalej. Wertując kolejne dokumenty znalazłam wreszcie upragniony akt.

Nazwisko: Payne
Imię/Imiona: Stephanie  Marie
Data urodzenia: 29 lipiec 1996
Miejsce urodzenia: Wolverhampton, West  Midlands, England
Imiona rodziców: Karen, Geoff Payne

Czekaj, czekaj… co? Finn miał rację? Jak to możliwe? Oni okłamywali mnie przez całe życie? Zabrałam te dwie kartki, pochowałam resztę niepotrzebnych papierów do komody i wyszłam. Siedziałam w swoim pokoju. Kilka razy czytałam to co znalazłam. Literki rozmywały mi się i skakały w różne strony. Byłam tym wszystkim tak wyczerpana, że nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
Obudził mnie krzyk mamy, która widocznie wróciła do domu.
 - Stephanie wróciłam!
Nagle przypomniałam sobie czego się dowiedziałam. Nie chciałam jej od razu tego mówić. Poczekam na ojca i porozmawiamy wspólnie.
- Cześć mamo! – Starałam się grać, jakby nic się nie stało.

_____________________________________________________________________________________________

Cześć. 
Oto upragniony pierwszy rozdział, czyli początek historii.
Mam nadzieję, że Wam się spodobało.
Komentujcie szczerze.
Pamiętajcie, że komentarze są motywacją dla dalszej twórczości.
Love ya, JMSster x

3 komentarze:

  1. Świetny,świetny,świetny !!!!!!!! Pisz dalej !!!!! A tu masz mojego bloga tylko że on jest kiepski :( http://i-need-your-love-story.blogspot.com/ =D

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudo :D Czekam na kolejny.. Bardzo niecierpliwie ^ ^

    OdpowiedzUsuń
  3. Super się zapowiada :)
    Czekam na next i zapraszam do siebie

    http://1d-give-love-to-work.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń