Dzwonek zwiastujący koniec
lekcji był muzyką dla moich uszu. Zgarnęłam książki do plecaka i wyszłam z
klasy. Na korytarzu było już pełno uczniów spieszących się do wyjścia. Każdy
chce wyjść zawsze pierwszy. Dałam im tą satysfakcję i stanęłam przy swojej szafce
odkładając książki. Kiedy zrobiło się już luźniej podeszła do mnie Sue, moja
przyjaciółka. Razem opuściłyśmy budynek.
Kochałam Sue, jak siostrę,
której nigdy nie miałam. Przypominała mi modelkę. Była szczupłą i wysoką
blondynką, trochę zbyt bladą. Czasami myliłam się, kiedy jest chora, a kiedy
tak naprawdę tryska zdrowiem. Jej karnacja była bardzo myląca. Miała ciemne
brwi, co silnie kontrastowało z całą resztą jej wyglądu oraz pełne, różowe
usta.
Przy niej czułam się jak
zwykły śmieć. Moja również blada cera współgrała z brązowymi włosami, które
lekko kręcone spadały po moich ramionach. Były moją chlubą. Sięgały prawie za
pupę. Miałam też brązowe oczy. Nie byłam
specjalnie wysoka. Mój wzrost wynosił zaledwie 167 cm. W porównaniu do
większości dziewczyn byłam stosunkowo niska. W sumie stanowiło to plus,
ponieważ prawie każdy chłopak był ode mnie wyższy. To jednak nie zmieniało
faktu, że byłam nijaka wśród pięknych dziewczyn z liceum w Los Angeles. Dobra,
dość już o mnie.
Podczas powrotu do domu tradycyjnie
wygłupiałyśmy się i śmiałyśmy. Nie zwracałyśmy uwagi na to, że przechodnie
patrzyli się na nas jak na odmieńców z cyrku. Miałyśmy siebie i nic nam nie
mogło przeszkodzić w byciu sobą. Niestety
mieszkamy daleko od siebie, więc już po pięciu minutach drogi musiałyśmy
się rozdzielić. Postanowiłam, że jak włączę muzykę to droga minie mi szybciej.
Podłączyłam słuchawki do iPhone’a. Puściłam moją ulubioną, nową piosenkę Miley
Cyrus – We Can’t Stop. Była taka pozytywna. Wprawiała mnie w weselszy nastrój.
Szłam lekko, w rytmie piosenki nagle wpadłam na jakiegoś chłopaka.
Miał co najmniej 192 cm
wzrostu, ciemnobrązowe włosy i głębokie, niebieskie oczy. Przeprosiłam i już
chciałam go wyminąć, ale schwycił mnie za ramię.
- Hej, ty jesteś Stephanie
McCall?
- Y… tak. Skąd wiesz jak się
nazywam? – Zdziwiło mnie to.
- Posłuchaj to jest bardzo
ważne. Spotkaj się ze mną w Starbucks ’ie za rogiem o czwartej, dobrze? –
Wyglądał na zmartwionego.
-Do..dobrze będę – wyjąkałam,
a on się oddalił.
To była dziwna sytuacja. Szybko
szłam do domu. Chciałam odpocząć po całym dniu szkoły. Kiedy nareszcie byłam
już w środku wydarłam się, jak zawsze, że już jestem. Skierowałam się prosto do
kuchni. Umyłam ręce w zlewie i nałożyłam sobie obiad, który mama zawsze
przygotowuje przed wyjściem do pracy. Szybko go pochłonęłam. Stwierdziłam, że
przed spotkaniem z tym dziwnym facetem wezmę jeszcze prysznic, bo na ostatniej
lekcji miałam WF. Poszłam do pokoju i wzięłam czystą bieliznę. Skompletowanie
stroju zajęło mi dłuższą chwilę. W końcu wybrałam wiśniowe rurki i białą, męską
koszulkę z kolorowym nadrukiem. Przyznam, że mój styl nie był zbyt
wyrafinowany. Byłam raczej typem dziewczyny z osiedla, która ubiera się w za duże ciuchy starszego brata. Co dziwne,
ponieważ nie miałam brata. Umyłam się, ubrałam, a włosy uczesałam w luźnego kłosa. Wychodząc
wsunęłam do kieszeni telefon, na głowę założyłam czarnego full cap ’a. Cały mój
strój dopełniały jeszcze czarne, krótkie Converse. Byłam gotowa.
Wchodząc do kawiarni
rozglądałam się w poszukiwaniu chłopaka. Siedział w rogu sali, tuż przy szybie.
Podeszłam do niego powoli. Trochę się bałam, bo nie wiedziałam czego się
spodziewać. Dobrze, że to miejsce było pełne ludzi. Nic mi nie mógł mi zrobić.
Przysiadłam się do niego.
- Cześć – przywitałam się
grzecznie.
- Hej. Przepraszam, że się
nie przedstawiłem. Nazywam się Finn – podał mi rękę, którą uścisnęłam.
- Miło mi. Przejdźmy do
rzeczy. Co jest takie pilne, że musiałeś się ze mną spotkać? – Prosto z mostu
zadałam mu pytanie.
- Może zaczną od początku –
położył splecione ręce na stole.
- Dobrze, słucham –
usadowiłam się wygodniej na kanapie.
- Jestem Finn i mieszkam w
Londynie. Przyjechałem do L.A. specjalnie, żeby cię odnaleźć. Od roku jestem na
praktykach w londyńskiej policji. Mam 20 lat.
- Czekaj, szukasz mnie i
jesteś z policji? – Przerwałam mu.
- Tak, ale daj mi dokończyć –
uniósł rękę w geście, abym pozostała cicho. – To może cię zszokować, ale tak
naprawdę nie nazywasz się McCall, tylko Payne. Twoi rodzice, którzy cię
wychowali, nie są twoimi biologicznymi rodzicami.
- Co? Jak to możliwie? –
Krzyczałabym, gdyby nie to, że byliśmy w miejscu publicznym. – Kłamiesz!
- Nie, to prawda. Jak miałaś
półtora roku zostałaś porwana – spuścił głowę na dół.
- Jak to się stało? –
Spytałam z ciekawości.
- W nocy 29 lipca, czyli w
dzień twoich urodzin ktoś wkradł się do twojego pokoju przez okno, które było
lekko uchylone i zabrał cię. Niestety, ale będziemy musieli wsadzić twoich
dotychczasowych rodziców do więzienia – urwał. – Przykro mi.
- Tobie jest przykro?
Wygadujesz jakieś niestworzone rzeczy? To mi jest przykro, że mam do czynienia
z kimś takim jak ty! – Wybiegłam z knajpy krzycząc.
Nie sądziłam, że ktoś może
być taki chamski i mówić mi prosto w twarz źle o moich rodzicach. Do domu szłam
w pośpiechu. Kiedy wpadłam do swojego pokoju, rzuciłam się na łóżko, a po moich
policzkach spływały łzy. Leżałam tak przez dobre dwadzieścia minut pochlipując
w poduszkę. Dlaczego? Może jego słowa miały odrobinę prawdy. Nigdy nie
widziałam swojego aktu urodzenia, ani zdjęć z wczesnego dzieciństwa. To było
dziwne, aż natchnęło mnie, aby wejść do sypialni rodziców. Całe szczęście, że
byli w pracy.
Podeszłam do komody, w której
zazwyczaj chowali wszystkie ważne rzeczy. Chciałam poszukać swojego aktu
urodzenia. Miałam nadzieję, że go znajdę. Wyjęłam wszystkie papiery z szuflady
i zaczęłam je przeglądać. Po dłuższej chwili znalazłam coś. Na kartce były
punkty, a ona sama była zatytułowana:
„RZECZY DO ZROBIENIA”.
1.
Kupić dom w L.A.
2.
Kupić bilety do
Londynu.
3.
Poszukać rodzinę
Payne.
4.
Zabrać w nocy
Stephanie.
5.
Wrócić do L.A.
6.
Ukrywać się do
końca życia.
Zszokowało mnie to.
Siedziałam nad tą kartką kilka minut, nie mogąc uwierzyć, że oni trzymają coś
takiego. W każdym bądź razie, kto normalny robi plan porwania, zapisuje go i
zostawia w domu. Podkusiłam się, aby szukać dalej. Wertując kolejne dokumenty
znalazłam wreszcie upragniony akt.
Nazwisko: Payne
Imię/Imiona: Stephanie Marie
Data urodzenia: 29 lipiec 1996
Miejsce urodzenia: Wolverhampton, West Midlands, England
Imiona rodziców: Karen, Geoff Payne
Czekaj, czekaj… co? Finn miał
rację? Jak to możliwe? Oni okłamywali mnie przez całe życie? Zabrałam te dwie
kartki, pochowałam resztę niepotrzebnych papierów do komody i wyszłam.
Siedziałam w swoim pokoju. Kilka razy czytałam to co znalazłam. Literki
rozmywały mi się i skakały w różne strony. Byłam tym wszystkim tak wyczerpana,
że nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
Obudził mnie krzyk mamy,
która widocznie wróciła do domu.
- Stephanie wróciłam!
Nagle przypomniałam sobie
czego się dowiedziałam. Nie chciałam jej od razu tego mówić. Poczekam na ojca i
porozmawiamy wspólnie.
- Cześć mamo! – Starałam się
grać, jakby nic się nie stało.
_____________________________________________________________________________________________
Cześć.
Oto upragniony pierwszy rozdział, czyli początek historii.
Mam nadzieję, że Wam się spodobało.
Komentujcie szczerze.
Pamiętajcie, że komentarze są motywacją dla dalszej twórczości.
Love ya, JMSster x
Świetny,świetny,świetny !!!!!!!! Pisz dalej !!!!! A tu masz mojego bloga tylko że on jest kiepski :( http://i-need-your-love-story.blogspot.com/ =D
OdpowiedzUsuńCudo :D Czekam na kolejny.. Bardzo niecierpliwie ^ ^
OdpowiedzUsuńSuper się zapowiada :)
OdpowiedzUsuńCzekam na next i zapraszam do siebie
http://1d-give-love-to-work.blogspot.com